niedziela, 22 listopada 2009

No Love Lost 1


Niezwykle chłodny, listopadowy okres wydawał się być kolejnym okresem martwego życia towarzyskiego. Te długie godziny spędzane sam na sam z niezdrowymi niekiedy myślami nie dawały spokoju. Cykliczność. Codzienny strach przed codziennością i żałosny widok szarych miast, ulic, ludzi.
Codziennie mijam wciąż ten sam ograniczony gatunek. Pozornych dostojników ze swoimi kobietami (na pozór mądrymi) ubranymi w płaszcze i nienagannie dobrane buty na sezon jesień-zima. Szczytem romantyzmu wydają się być dla nich ścięte kwiaty w wazonie, kolacja przy świecach. Miłość filmowa. Szmirowata i prosta. Ludzie sukcesu. Studenci. Młode kobiety dążące do swych małych celów. Sekretareczki z białymi kołnierzykami w swoich groszkowo-zielonych małych samochodzikach. Zapachowe drzewka starannie dobrane pod kolor tapicerki.
Starzy ludzie i ich rytuały. W tygodniu gdy chodzenie do kościoła wydaje się być czystą dewiacją, kolejnym pretekstem aby wyjść wcześnie z łóżka jest stanie z pustą, plastikową butelką i czekanie na przyjazd zamiejskich farmerów ze "świeżo wydojonym" mlekiem. W międzyczasie ględząc o wszystkim, niczym i wciąż tym samym z resztą osiedlowych staruchów. Ciągle w biegu, w miejskim amoku. W autobusach. Schludne, młode licealistki czytające książki w drodze do szkoły. Siadają przy oknie i zajmują się lekturą jakby za wszelką cenę chciały ćwiczyć swoją koncentrację w przyswajaniu nowych wiadomości. W końcu i tak marzenia i "książę z bajki" przyjdą po maturze *pstryk*. Podgatunki z ich szkolnych ławek o których nawet nie warto wspominać. Pionierzy reklamy dzierżący plik prostokątnych ulotek w dłoni. Czatując ze znudzeniem na przechodniów wierzą że to dopiero początek ich kariery zawodowej. Mądrale kończący studia na kierunkach które i tak mało ich obchodzą. W końcu synek nie może zawieść mamusi i tatusia rezygnując z podtrzymywania wizerunku idealnego dziecka który powstał wraz z jego poczęciem. Te wszystkie powody do dumy: pieniądze, wygrane licytacje i inne aukcje na Allegro. Miejscowe gwiazdki muzyki zasilające swoimi muzycznymi wytworami niektóre z pomniejszych, klubowych parkietów. Z dziką pasją odtwarzając pomysły swoich żałosnych bohaterów. Budując swój tani wizerunek na naiwności swoich zwolenników - grupy która woli trzymać się w stadach ze względu na strach przed odrzuceniem. Mistrzowie okolicy. Znawcy miejscowej kultury i rozrywki. Młodociani alkoholowi zawodnicy, którzy są w stanie wymiotować półtora dnia tylko po to żeby znajomi widzieli ile można w siebie wlać w jedną noc. Absolutni zwycięzcy. Istni weterani kieliszka towarzyskiego. W tym wpływowe dzieciaki z bogatych domów. Młodzi yuppies. Emeryci i renciści. Narkomani, młode matki, grube ryby i grubi ludzie odwiedzający budki z kebabem. Niemieccy turyści, modelki szkolnych wybiegów, początkujące "szpilko-biegaczki", glonojady wystaw sklepowych, publiczni masturbatorzy, dziwkarze, dziwki, gimnazjalistki-dziwki, licealistki-dziwki, dziwki po zawodówce, dziwki w ciąży, dziwki po ciąży, dziwki przed ciążą, ich matki-dziwki, synowie matek-dziwek - oddani swej drużynie (a raczej barwom miejscowego, zidiociałego pospólstwa) kibice, których drużyny piłkarskie (piłka na boisku ich nie obchodzi) obnoszą się z patosem i fanatyzmem. Hasłami z elementami słów których nie sposób odnaleźć w słowniku, lub mają zupełnie inne znaczenie. Głosząc i chwaląc często nazistowskie treści. I co z tego? w końcu ich przodkowie walczyli o ich kraj z rasizmem przelewając krew. Oni mogą przelać jedynie przez nogawkę. Do tego wszystkiego jeszcze politycy, mistrzowie kamuflażu, zawodowi popełniacze błędów, kochankowie bez skazy, łowcy pocałunków, młodzi artyści szukający poklasku wśród znajomych znajomych i ich znajomych, medialne ścierwa, tragarze czyjegoś sukcesu, strzelcy wyborowi, ofiary, mniejszości seksualne, obiekty laboratoryjne.
Do tego wszyscy tak bardzo przewidywalni i bez koloru. Jeszcze trochę i przestane ich odróżniać od gołębi. Ciężko będzie mi się wtopić w tłum nie będąc jednym z nich. Nikt nie będzie próbowal mnie zrozumieć, ani nawet czytać tego co napisałem.
Co do listopadowego okresu wcale się nie myliłem. Jest martwy.
Podczas mojego snu ktoś zwija taśmę filmową i rano odtwarza dla mnie to samo pod zmienioną datą. Często próbuję się przez to przedrzeć okazując swoją odmienność. Nic więcej już nie zostanie zarejestrowane, nic więcej nie jest już potrzebne i nikt nikomu nie będzie nic osóbkował. Oto mój własny raj na ziemi.
Szukanie na taśmie tego filmu osoby która posiada kolory jest trudna. Czasami jednak je odnajduję. Odnalazłem kilku dobrych, barwnych przyjaciół, którzy bez opamiętania bawią się w wycinanie swoich wspomnień tworząc własny film.
Nic nie wydaje się takie złe jeśli czasem można się zatrzymać i popatrzeć na to wszystko "od kuchni". Być może nie trzeba daleko szukać osoby która serwuję miłość na śniadanie.